Archiwa tagu: kozy

P1140571

Okoziałam do reszty?!

NO DOBRAAA!

Siądę na dupie i w końcu coś napiszę! Byłam pewna, że nowego posta napiszę już cała w skowronkach, zasypując Was zdj. „małej kózki na tle ściany, małej kózki na rękach, małej kózki przy mamusi, małej kózki na tle drzwi, ooo mała kózka je, ojej, a patrzcie, jak mała kózka ładnie patrzy :P

no ale… NIC! NULL, ZERO!

Chodzę, sprawdzam, po nocach nie śpię, w dzień biegam i proszę, błagam, zaklinam- uródź już, miejmy to za sobą, pomogę Ci, nic się nie bój… a ona nic! nicnicnic!!!!!!!!!!!

Dzisiaj nad ranem, śniło mi się 10 małych kózek wielkości kotów, które zgarniałam na ręce, co 5 zgarnęłam, to pozostałe 5 mi się gdzieś rozłaziło, biegałam i lamentowałam „Boże, Boże, jak ja je wykarmię?!?!?”

Także widzicie….. źle ze mną jest! Albo Cyna urodzi potomka(potomkinię!!!!!choć teraz to już mi wszystko jedno, byle już wyszło) dzisiaj albo w nocy, albo pójdę do dr. S. co chciał nam wczoraj Babcię do psychiatryka wsadzić(o tym za chwilę) i powiem „MNIE ZAMKNIJ, bo okoziołam…..”

Co widać na załączonych obrazkach- bardzo poprawiły nam się ludzko-kozie relacje z Cyną ;) jak teraz podchodzi i mnie zaczepia, albo nie zrywa się z miejsca jak szalona, jak ja podchodzę, żeby ją pogłaskać, to aż nie wierzę, że taki niedotykalski dzikus z niej był! Teraz ciągle mnie skubie za włosy, albo ubrania, jak ją głaszczę po pycholu, to przymyka oczy i brakuje tylko, żeby zaczęła mruczeć jak kot ;) a już spisałam ją „na straty”, że feelingu, to my niestety nigdy nie złapiemy, a jednak proszę Państwa! Nigdy nie mówcie nigdy!

P1140545 P1140562 P11405822 P11405833 P11405866

 

A co z Babcią… Ano z Babcią byliśmy wczoraj na komisji, która miała orzec o jej niepełnosprawności. No i orzekła, tylko co dalej? Nikt mamie nie powiedział, gdzie mamy udać się z papierami dalej, pomogli jak zawsze ciocia i znajomi ;) Na dokładkę szanowny Pan Dr na dzień dobry zapytał Babcię, czy leczy się psychiatrycznie (WTF?!), od Babci oczywiście nie otrzymał odpowiedzi, bo biedna, nie wiedziała o co mu chodzi, zdenerwowana mama zagrzmiała „NIE!”, po czym dokorek wypalił, żeby Babcię położyć do psychiatryka, potrzymać tam ze 2 tygodnie i ustawić leczenie. „Lekarzu lecz się sam” powiedziałabym :P Zupełnie inaczej by to zabrzmiało, jakby powiedział „Jakby było gorzej, czy jakby państwo nie dawali rady, to jest możliwość przyjęcia do szpitala na jakiś czas, tam porobiliby wszystkie badania(choć badania są) , jest taka możliwość, proszę, tu są namiary na Dr jakiegośtam„.
Z Babcią nie jest jeszcze tak źle, poznaje nas, wie kto jest kto (przynajmniej jeśli chodzi o domowników), no i bierze stale leki. No cóż… Już pomijam czas spędzony na wwiercaniu zadków w krzesełka na korytarzu, w oczekiwania na wizytę, bo czy to poradnia taka, czy śmaka – chyba wszyscy do tego przywykli „bo to Polska, nie elegancja Francja”…. 

Dobra! dość smętów, idę  dalej czyhać na moje kozie dzieci :P

P1130821

Babcia na gigancie

Dzisiaj cudna pogoda… w końcu miałam wolne, akurat wtedy, kiedy można się nacieszyć prawdziwą wiosną! :)
Natchniona pogodą i ogromną ilością czasu wolnego-co ostatnio nie zdarzało się często, złapałam za kosiarkę i skosiłam całe podwórko! (Teraz patrzę, że  przy okazji przykładnie spiekłam się na raka :P oj, będzie bolało)

Koszę, koszę, koszękoszęęęę…. i nagle staję jak wryta! Ze schodów schodzi sobie szanowna pani Babcia, wystrojona jak na odpust-wyjściowe spodnie, buciki, sweterek (a z nieba żar się leje :P), no i oczywiście-jak na damę przystało-torebka na ramieniu-JEST! ;)

Już czuję nieprzyjemny dreszcz, przełykam ślinę i pytam:
-gdzie idziesz??
-no… TAM!!!! (macha ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, raczej na wschód :P)
-to znaczy GDZIE?!
-no tam! do tego… (tym razem macha ręką jakby się oganiała od natrętnej muchy-czyli w tym wypadku mojej skromnej osoby…)
-jakiego TEGO?! tam nikogo NIE ma!!! No? Do kogo idziesz?????
-JUŻ JA WIEM DO KOGO IDĘ! DO TEGO…DARKA , czy jak on…(Darek mieszka w… Gorzowie Wielkopolskim, my jesteśmy pod Suwałkami ;) )
JUŻ JA WIEM! NIE RÓB ZE MNIE GŁUPIEJ!!!!
(machanie ręką w nasileniu, ja nie wiedząc już co robić, trzymam ją za rękę, bo ona TWARDO IDZIE do przodu i tak się trzymamy, ona wystrojona jak do kościoła, ja spocona jak świnia, w kaloszach, nogach oblepionych trawą z kosiarki i gniazdem na głowie ;) )
-babcia, oni wyjechali, ich nie ma tam… (już nie wiem co mam mówić, a widzę, że łatwo nie będzie, bo tym razem nastrój jest dość bojowy i „nastroszony”, Babcia po prostu jest zdeterminowana na życie na gigancie…)
-są! są! IDĘ!
-babcia!!! idź… obierz ziemniaki……….
-…no dobra! obiorę, a później IDĘ!
-no, idź idź…

OŁ GAD…… ja wiem, ja słyszałam już, że babcia miała akcje pt. „wyprowadzka”, ale nigdy nie byłam z nią wtedy sama! Jakbym była w pracy, taty nie ma, a mama wyjechała na półtora miesiąca do Szczecina…to Babcia by gdzieś polazła sobie! Do tej pory, prawie zawsze mama była w domu, dzisiaj dotarło do mnie, że jej już nie można zostawić samej, bo nie wiadomo, co jej przyjdzie do głowy. Wczoraj niby było ok, dzisiaj rano też, choć może trochę dłużej siedziała w piżamach.

Później zleciłam jej zgrabienie skoszonej trawy, bo się autentycznie bałam, że znowu zacznie mi się wyprowadzać. Skończyło się oczywiście na opieleniu do gołej ziemi, trawnika pod klombem… :P no, ale chociaż zapomniała o wycieczkach ;)

Uff…

No dobra, może trochę skonsternowana, ale mimo to, zdążyłam się nacieszyć pogodą :)
Popstrykałam kozulom zdj. ;) (to są chyba najbardziej opstrykane zwierzęta na świecie-one i reszta :P), poleniłam się, pobiegałam boso po trawie pod domem.
P1130865

P1130837

P1130844

P1130848

P1130862

P1130864

W tym roku zrobiłam „strefę” bez zwierząt- nie pasą się tam już ani kozy, ani cielaki, chcę ten fragment zamienić w coś, a’la „malinowy chruśniak”, narazie rosną tam już maliny (hodowlane i przywiezione z lasu), porzeczki, 2 czereśnie, jagoda goji i borówka :) aaaaa i 5 małych rabarbarów!

P1130821

P1130828

P1130143

Wieczorem wrócił tata i pojechaliśmy przewieźć beczkę z wodą dla dziewczyn. Tata nie byłby sobą :P jakby się nie zakopał swoim „mussem” :P wjechał w coś w rodzaju zamoklaka, bagienka i… już tam został ;) sąsiad przyjechał i go wywlekł traktorem!
zdj. nie dzisiejsze, ale tak tata ujeżdża pola ;)
P1130713

Eh… no to by było na tyle ;) chyba muszę się nastawiać powoli na pewne zmiany… :(

kozy

zanim się rozpędzę

No tak… pierwszy wpis „popełniłam” w październiku, później długo, długo nic, a teraz w maju wyskakuję z radosną nowiną, że wiosna, że glina i w ogóle…
A kto to jest Gruby?
Jakie krówki?
Jakie kozy?
a psy/koty/kurki???
no, a ta cała…Antonówka?!

Już się poprawiam i dokonuję małej prezentacji!
Antonówka-czemu własnie Antonówka? Bo nie Kosztela ani Papierówka :P! A poważnie… od Antoniego, Antosia- jednego z najważniejszych facetów w moim życiu. To on mnie zaraził wsią, zwierzoluba ze mnie zrobił, na swój wzór i podobieństwo.

Dziadki

Tak! To przez i dzięki Dziadkowi! :) włóczyłam się za nim od obory do stodoły i na pole. Potrafiłam z ekscytacją siedzieć w nocy w chlewie i pilnować proszącej się…świni! :P albo doglądać razem z Dziadkiem krowy na ocieleniu. To wszystko jego „wina”!!!
czym skorupka za młodu... ;)
Od zawsze wiedziałam, co chcę robić, to była tylko kwestia czasu. Po większych i mniejszych „wirach”, problemach i doświadczeniach, w końcu w sierpniu 2012 roku przeprowadziłam się tu z rodzicami, babcią, 2 psami i koniem (Gruby).
Gruby
Maniut
Grill

Podróż… powiedzmy, że była to moja „podróż życia”, z przygodami (jakby ktoś nas nie chciał puścić na te Suwałki!), m.in. rozkraczonym samochodem, w Kurzętniku ok 300km od celu podróży :> holowaniem końskiej przyczepy przez wujka i sąsiada Z SUWAŁK(tzn raczej ze wsi), w efekcie dojechaliśmy o 7 rano dnia NASTĘPNEGO na podwórko naszego wyczekanego domu… bez połowy bagaży, bez nawet szczoteczki do zębów i suszarki do włosów bo wszystko zostało w zdechłym samochodzie, na podwórku BARDZO życzliwych i wspaniałych ludzi, bez których pomocy-nie wiem co byśmy zrobili! :) (jeśli jakimś trafem trafią Państwo na ten wpis-baardzo dziękuję jeszcze raz! byliście wspaniali!). Dobrze, zakończmy na tym, że już tu jestem, już nigdzie mi się samochody nie rozkraczają i powolutku jakoś sobie na tej wsi radzę.

Stadko rogato-kopytne się poszerzyło :) najpierw była koza…Tosia, miała być zupełnie „hobbystycznie”, bo zawsze chciałam mieć kozę. Skończyło się na 4 kozach, w czym mam nadzieję, że przynajmniej 2 z nich noszą w brzuszkach małe, puchate kózki… ;) zobaczymy w lipcu! Pestkę i jej córę Cynkę zakupiłam już nie w wiosce obok, jak to było w przypadku Tosi, ale jechałam po dziewuszki 170km w jedną stronę („Tato, pojedziemy po kozy? to blisko, gdzieś koło Białegostoku… :P”), Gerry’ego dokupiłam pod koniec zeszłego roku w pobliskiej miejscowości, ponieważ nigdzie nie mogłam znaleźć kawalera dla moich dziewczyn, a więc kawaler-jeszcze smarkaty- zamieszkał z nami!
Tosia
Pestka
Cynka
Gerry

Po Tosi następna była Pola- maleńka jałówka darowana przez…sołtysa! :) malizna jakiej jeszcze nie widziałam, ale najcudowniejsze zwierzątko na świecie! :D sami zobaczcie!
Pola
Takie słodkie, pluszowe i małe „coś” do nas trafiło! Oczywiście Polka już podrosła i nie jest już taka puchta ;) ale nadal jest najpiękniejszym cielęciem jakiego widziały moje oczy!

Niebawem do Poli dołączyła Kulka :)
Kulka

Teraz dziewczyny są jednakowej wielkości (choć Polut jest o rok starszy! Kulka już ją dogoniła ;) ) ale zdj. wrzucę kiedy indziej (czyli pewnie jutro…).

Zostały jeszcze koty! Lusię przygarnęłam z Suwałk,
Lusia
Lusina zaliczyła wpadkę, z której mam 3 najcudowniejsze koty na świecie: Pitu, Kudłata i Mort- moje wszędobylskie, gadatliwe i fotogeniczne mruczki (21 kwietnia skończyły rok, więc trochę im się podrosło od zdj. „serduchowego” )
kotulce

Zostały jeszcze kuraki, ale one są raczej anonimowe (jedynie na koguta wołam Franek) ;) chodzą sobie po wybiegu, grzebią w ziemi, jedzą ziarenka i paszę i znoszą pyszne jaja!
kuraki :)
wczoraj dołączyło 8 młodziutkich kurek, jeszcze ciężko przestraszonych
kurki

Łomatkobosko! Się rozpisałam na amen…

kozy

Wiosna na Suwałkach, a z wiosną… glina :)

No tak…

reszta Polski już się dawno nacieszyła bzami, kwiatkami, mleczami (teraz zapewne mogą już tylko w dmuchawce dąć ;) ), ptaszkami wijącymi gniazdka i w ogóle wszystkim, z czym się wiąże wiosna…

a my?

a my tutaj, na tym końcu świata/wschodzie/Syberii (niepotrzebne skreślić) dopiero napawamy się przyrodą… Ale nie będę narzekać! Sama chciałam, nie? ;) W Szczecinie już pewnie bzy przekwitły, dużo szybciej wszystko „wystrzeliło”, nie to co tu… Dobra! trochę pomarudziłam, ale uspokajam- nie zamieniłabym tej mojej Syberii na Szczecin. Już tu wrosłam, Szczecin lubię teraz może jeszcze bardziej, niż jak tam mieszkałam, jak przyjeżdżam w odwiedziny, to zawsze czasu mi brakuje, żeby zobaczyć, odwiedzić i zrobić, to co sobie planowałam. To przepiękne miasto, szczególnie Park Kasprowicza-mój naj naj naj…. nic go nie przebije! No i moje ludki kochane :) dla nich przede wszystkim tam wracam, od czasu do czasu.

Za to tutaj…
Tutaj mam więcej zielenizny niż w całym Parku Kasprowicza ;) mam moje stwory, bez których już nie wyobrażam sobie życia- co to za poranek, kiedy nie trzeba wstać po 5, żeby nakarmić głodną i oburzoną mym (przydługim wg. niej) snem- krowę, czy niecierpliwie czekającego na swoje siano Grubego??                                              
Albo co to za pobudka, kiedy nie muszę ostrożnie przebierać nogami, żeby jeszcze ze snem na powiekach, nie wyłożyć się jak długa na korytarzu w glinianym chlewiku? Bo koziołek Gerry w spółce z Cynką, plątają mi się pod nogami, a Tosia i Pestka głośno wyrażają swoje niezadowolenie, z mojego ślamazarstwa (wszystkie chcą jeść na raz!teraz!natychmiast!)?
Może dla normalnej 27-latki brzmi to jak koszmar, ale ja nie mogłabym już bez tego żyć. Wrosłam w wiochę, tylko trochę towarzystwa mi brak :( Pluszaki oczywiście bardzo się starają zająć mi każdą wolną chwilę, żebym nie myślała o głupotach ;) ale wiecie jak jest… czasem każdy ma potrzebę, żeby usłyszeć w odpowiedzi ludzki głoś, a nie „muuuuUUUU!” „mee-eee-e” czy „miau” (końskiego wzdychania niestety nie umiem tu powtórzyć ;) ).

Dobra, dość gadania! Dzisiaj 3 razy wlał mega deszcz, szybki wypad, żeby zamknąć stodołę, wystarczył, żebym musiała przebrać spodnie… tak więc uwierzcie-trochę wlało ;) z czego się akurat bardzo cieszę, bo było strasznie sucho, a trawa musi urosnąć dla tych moich wszystkich darmozjadów! Nie mówiąc o ziemniakach, czy warzywach…

majowy deszczyk

Miało być dość gadania, ale zanim wrzucę zdj. to jeszcze momencik…                            Dzisiaj po raz drugi w życiu(nie licząc babrania się z foremkami w piasku/błotku za lat wczesnego dzieciństwa), zabrałam się za… glinę! Mam tu stary gliniany chlew, w bardzo kiepskim stanie (codziennie patrzę na zeżarty drewniany strop i truchleję na myśl ile pracy będzie trzeba włożyć, żeby to uratować…). Raz już, uzbroiwszy się w taczkę, szpadel i mięśnie własne ;) wykopałam z pola trochę gliny, zakasałam rękawy i… postanowiłam zatynkować ubytek na ścianie przy oknie… zabawa była przednia! Dziecko wyszło ze mnie, mogłabym się tak babrać i babrać, szczególnie, że pogoda była wtedy ładna. Niestety, moja pierwsza próba nie powiodła się do końca, ponieważ na drugi dzień… wszystko popękało :P ale się nie zrażam! Pola do praktyki mam pod dostatkiem, bo właściwie cały chlewik wymaga łat… Dzisiaj wzięłam się za parapet w środku.                     Chlew dzieli się na dwie części – jedną zajmują kozy (w zawrotnej ilości 4 sztuk- Tosi, Pestki, Cynki i Gerrego- o kozach kiedy indziej się rozpiszę, bo to cały oddzielny temat, materiał na książkę, bynajmniej nie przyrodniczą), a drugą zająć chcę…ja. No tak, ale póki co, to mnóstwo roboty przede mną, strach się bać!

czas! start!  P1120635copy   P1120641copyP1120640P1130556 P1130557 P1130558 P1130559 P1130561 P1130562P1130567