P1080732

Nie lekceważ, nie zabijaj

Mówi się, że miarą człowieczeństwa, jest to, jak człowiek traktuje zwierzęta. W takim razie nie jestem człowiekiem pełnowartościowym.

Piszę tutaj, żeby nie zamęczać „darciem szat” znajomych, każdy życzliwy Ci człowiek, powie w takim momencie „nie miałeś wpływu, takie rzeczy się zdarzają, nie obwiniaj się”. OK, sama też tak mówiłam nie raz, ale w tym wypadku jestem cholernie winna i odpowiedzialna, bo to moja i tylko moja wina, że Kudłatej już nie ma i jutro będę musiała ją zakopać obok Rudiego, pod bzem… Rudi wpadł pod samochód, właściwie, pod niego wskoczył, kierowca to kawał gnoja, bo jakby jechał wolniej, a nie jak po autostradzie, to by może skończyło się na nastawianiu szczęki i jakiejś nogi, a nie na zakopaniu w ogródku. OK, moją winą to, że to koty wychodzące- ale obecnie inne być nie mogą, choć Lusia zamieszkała w domu, od kiedy jej synuś ją tak chlasnął w łapę, że była wielości porządnego palucha z makiem (taka bułka).  Ale Kudłata? Za co jej zgotowałam wycieczkę w męczarniach na tamten świat? Za to, że miałam inne sprawy na głowie, że zbagatelizowałam, że liczyłam przez 1 dzień, że to z gorąca, „że przejdzie”, że siano, że kozy się rodzą, że trzyma się, w poniedziałek pojedziemy do weterynarza. A ona odchodziła te kilka dni, cichutko sobie po prostu gasła. A ja ją olałam. Zootechnik k**wa, wielbicielka zwierząt, zbieraczka. Czemu z Lusią jechałam z łapą, bez grosza w portfelu, pożyczając od dobrego ludzia kasę, a z Tobą, mimo, że nawet jakaś tam głupia kasa była, chciałam czekać??

Nie piszę tego, żeby się ktoś nade mną użalał, choć może taki człowiek jest właśnie godny pożałowania, że jest tak mały duchem. Cokolwiek powiecie, ja wiem, że to moja wina i niczyja więcej. Chcę Was po prostu ostrzec, a siebie trochę ukarać, choć najchętniej to bym się sprała po gębie. Uważajcie na te Wasze zwierzaki, jak Wy im nie pomożecie, to same sobie nie pomogą, mówić też nie potrafią… Jakby Kudłatek mi powiedział”ej, co ty sobie jaja robisz, nie widzisz, że ledwo żyję, ślepa jesteś?! pomóż!” to bym leciała w te pędy do Suwałk, a tak? Łatwiej powiedzieć „wytrzymaj jeszcze, bidulko, co ci jest?” pogłaskać, dać jeść, zrobić smutną minę i wracać do innych zajęć. Inne zajęcia poczekają, chory zwierzak NIE POCZEKA!

Żegnaj Kudłatku, przepraszam Cię, za moją znieczulicę i olewactwo. Zajebiście przepraszam.

P1080732 P1080713 P1080720

P1140900

No to już po mnie…

Ha!!!!!!!!!!!

Ha!!!!!!!!!!! Wiedziałam, że wystarczyło napisać jęczącego posta „O Boże nie ma kozy, ojejejej, kiedy ona będzie, ojej oszaleję”  i jak na zawołanie maluch się pojawi! :P To coś, jak na zasadzie „nieee, nie możliwe, nie uda się, nieeee, nie ma szans”, które powtarzam jak mantrę, jak mi na czymś cholernie zależy… :P tak na wszelki wypadek, żeby chciało się zrobić na przekór ;) Ale spokojnie – w imię poprawności politycznej, to pozytywną afirmację też mam w 1 palcu! To przez nią jestem teraz tu, gdzie jestem i piszę o narodzinach małej kozy(ekhm… koziołka) na MOIM gospodarstwie!
Chyba co do reguły, to jesli chodzi o rzeczy tu i teraz, natychmiast, to działam „nieeee, nie uda się”, a jak się rozchodzi o sprawy długofalowe, to afirmuję, aż do „rzygania tęczą” :P

(Tak na wstępie od razu lojalnie przepraszam, że zawalę wszystko zdj. młodego, no niestety, ale już przy poprzednim poście uprzedzałam :P )

No i się pojawił! 13, tj. w niedzielę, ok godziny 13! :)

Sprawdzałam wcześniej- nic, mama sprawdzała-coś już było widać, kręciła się Cyniowa po chlewie, mama nie chciała jej przeszkadzać, ja w tym czasie wyprowadzałam konia. Wróciłam i już leżał mały wymoczek! :D
Matko! co to za przeżycie! :D Byłam w kompletnym amoku, biegiem, po aparat i po jodynę do pępola i za sekundę byłam już z powrotem :D W sumie to siedziałam z nimi bez przerwy z 2 godziny(poza wylotem po aparat i po obiad później), nie mogłam się oderwać, nawet obiad jadłam „na wynos” siedząc tyłkiem na korytku i obserwując moją kozią rodzinkę…

P1140677

P1140684

P1140682

P1140681

P1140680

P1140679

Musiałam być naprawdę w niezłym amoku ;) bo… na całe chyba 2 dni (AŻ!!!) zrobiłam z młodego DZIEWCZYNĘ!!!!!!! Nie wiem, jak się mam z tego zrehabilitować… chyba nie da się… Tłumaczę się jedynie tym, że tak bardzo chciałam dziewczynę, że mimo pierwszego spostrzeżenia „to chłopak”, zignorowałam wszelkie znaki na niebie i ziemi i orzekłam, że „jednak nie, jednak dziewczyna!!!” :] Nawet imię już nadałam! Ally! Zobaczyłam 2 strzyki („cycki” dla niewtajemniczonych ;) ) i już mi to wystarczyło- już miałam dziewczynę ;) więcej się tematem nie zajmowałam, aż moja Ally przy mnie…nasiusiał(a)….. Może dobrze się stało, bo przez te kilka dni jego „dziewczeństwa” tak mi przypadł do serca, że już nie ma mowy o sprzedaży, czy oddaniu! Na bank zostaje!!! Jeśli kolejne urodzą się też chłopaki (Tosia ma na dzisiaj termin, chodzę, czekam…) to tamtych już nie zatrzymam, ale Axl ZOSTAJE!

P1140703

P1140781

P1140774

P1140777kopia

P1140779kopia

Tak, właśnie tak ma na imię! ;) w 3 dobie swego życia, jeszcze był wieloimienny, ale dzisiaj- 4 dnia, został nieodwołalnie Axl’em!

ALFred 13.071

 

będę z nim miała gun’s i rose’s ;)

P1140904kopia

P1140905

P1140898

P1140900

Każdego dnia się zmienia, jest coraz bardziej bystry i bryka jak nakręcany. Pierwszego dnia tylko spał, nogi mu się rozjeżdżały, coś tam niby pił. Oczywiście lamentowałam, że za mało, że na pewno się nie napił i nawet próbowałam mu wciskać butlę do papy, na co stanowczo i głośno protestował…
Wisiałam na telefonie ze znajomym, który ma już duże doświadczenie z kozimi narodzinami i mu trułam dupę o każdą „straszną rzecz”, a to, że nie je, a to, że szybko oddycha, a to, że po narodzinach nic, tylko śpi i na pewno to jest coś złego… itd ;)
Dzięki Grzesiek, za cierpliwość anielską! Należy Ci się wielka flacha!!!!!!!!! Koszy z jagodami nie mam-wybacz ;) ;) ;) Jak widzicie jednak – młody żyje i ma się dobrze, mimo moich lamentów i panik „wszyscyzginiemy” ;)

Mam nadzieję, że teraz, przy Tosiowych dzieciach zachowam już trochę więcej zdrowego rozsądku i nie będę panikować… Choć już widzę te moje oczy jak 5zł, jak nagle po 1 koźlaku wyskakuje 2 (tak hipotetycznie).
Tośka jest też specyficzną personą… To nie jest zwykła koza. To jest Tośka. Po prostu.
Wcale bym się nie zdziwiła, jakby swoje dzieciny obrzuciła krótkim spojrzeniem i stwierdziła, „że co to, to nie z nią! Ona się do macieżyństwa nie pisała, podczas „sam na sam” z Gerrym, chciała go niemal zjeść i obedrzeć ze skóry, więc ona żadnymi bachurami się opiekować nie będzie!”…
Oby to było tylko moje zaklinanie „niee, nie uda się”…. ;) Ok, powiedzmy, że biorę taką ewentualność pod uwagę po prostu, a mam nadzieję, że będzie z niej równie wspaniała mama, jak z Cyny.
I na tym może zakończmy ;)

P1140815

P1140816

P1140571

Okoziałam do reszty?!

NO DOBRAAA!

Siądę na dupie i w końcu coś napiszę! Byłam pewna, że nowego posta napiszę już cała w skowronkach, zasypując Was zdj. „małej kózki na tle ściany, małej kózki na rękach, małej kózki przy mamusi, małej kózki na tle drzwi, ooo mała kózka je, ojej, a patrzcie, jak mała kózka ładnie patrzy :P

no ale… NIC! NULL, ZERO!

Chodzę, sprawdzam, po nocach nie śpię, w dzień biegam i proszę, błagam, zaklinam- uródź już, miejmy to za sobą, pomogę Ci, nic się nie bój… a ona nic! nicnicnic!!!!!!!!!!!

Dzisiaj nad ranem, śniło mi się 10 małych kózek wielkości kotów, które zgarniałam na ręce, co 5 zgarnęłam, to pozostałe 5 mi się gdzieś rozłaziło, biegałam i lamentowałam „Boże, Boże, jak ja je wykarmię?!?!?”

Także widzicie….. źle ze mną jest! Albo Cyna urodzi potomka(potomkinię!!!!!choć teraz to już mi wszystko jedno, byle już wyszło) dzisiaj albo w nocy, albo pójdę do dr. S. co chciał nam wczoraj Babcię do psychiatryka wsadzić(o tym za chwilę) i powiem „MNIE ZAMKNIJ, bo okoziołam…..”

Co widać na załączonych obrazkach- bardzo poprawiły nam się ludzko-kozie relacje z Cyną ;) jak teraz podchodzi i mnie zaczepia, albo nie zrywa się z miejsca jak szalona, jak ja podchodzę, żeby ją pogłaskać, to aż nie wierzę, że taki niedotykalski dzikus z niej był! Teraz ciągle mnie skubie za włosy, albo ubrania, jak ją głaszczę po pycholu, to przymyka oczy i brakuje tylko, żeby zaczęła mruczeć jak kot ;) a już spisałam ją „na straty”, że feelingu, to my niestety nigdy nie złapiemy, a jednak proszę Państwa! Nigdy nie mówcie nigdy!

P1140545 P1140562 P11405822 P11405833 P11405866

 

A co z Babcią… Ano z Babcią byliśmy wczoraj na komisji, która miała orzec o jej niepełnosprawności. No i orzekła, tylko co dalej? Nikt mamie nie powiedział, gdzie mamy udać się z papierami dalej, pomogli jak zawsze ciocia i znajomi ;) Na dokładkę szanowny Pan Dr na dzień dobry zapytał Babcię, czy leczy się psychiatrycznie (WTF?!), od Babci oczywiście nie otrzymał odpowiedzi, bo biedna, nie wiedziała o co mu chodzi, zdenerwowana mama zagrzmiała „NIE!”, po czym dokorek wypalił, żeby Babcię położyć do psychiatryka, potrzymać tam ze 2 tygodnie i ustawić leczenie. „Lekarzu lecz się sam” powiedziałabym :P Zupełnie inaczej by to zabrzmiało, jakby powiedział „Jakby było gorzej, czy jakby państwo nie dawali rady, to jest możliwość przyjęcia do szpitala na jakiś czas, tam porobiliby wszystkie badania(choć badania są) , jest taka możliwość, proszę, tu są namiary na Dr jakiegośtam„.
Z Babcią nie jest jeszcze tak źle, poznaje nas, wie kto jest kto (przynajmniej jeśli chodzi o domowników), no i bierze stale leki. No cóż… Już pomijam czas spędzony na wwiercaniu zadków w krzesełka na korytarzu, w oczekiwania na wizytę, bo czy to poradnia taka, czy śmaka – chyba wszyscy do tego przywykli „bo to Polska, nie elegancja Francja”…. 

Dobra! dość smętów, idę  dalej czyhać na moje kozie dzieci :P